Dziś Święto Trzech Króli – po raz pierwszy wolne od pracy. Chociaż wczoraj, sprawdziwszy dokładnie wszystkie biurowe kalendarze i stwierdziwszy, że w żadnym – literalnie: żadnym z nich! – dzień 6. stycznia nie jest oznaczony tak, jak wydawca wyróżnił niedziele i inne święta – skłonna byłam stawić się dziś punktualnie o 7:30 na moim urzędniczym posterunku. Szczęśliwie Dyrektor uspokoił – nie tylko zresztą moje – wątpliwości i przychodzenia dziś do pracy stanowczo zakazał. Dzięki czemu obudziłam się przed ósmą, wstałam, ubrałam i całkowicie poświęciłam lekturze…!
Epifania – znaczy Objawienie (od greckiego epipháneia: ukazanie się) – często pojawia się w tekstach Jerzego P. Mistrz zdaje się używać go jako rzeczownika pospolitego, tym bardziej, że nagminnie zapisuje epifanię małą literą: „epifanie pamięci”, „jazda z Łapanowa (…) była jak epifania”, „architektura (…) Domu Zborowego pojawi się (…) w niejednej jeszcze takiej epifanii”. I – nie wiedzieć czemu – epifania w kontekstach Pana Jerzego wcale nie kojarzy mi się z objawianiem czegokolwiek – jawi mi się raczej jako synonim błogości… No, może za wyjątkiem tej pamięci, ale w innym zestawieniu morfologicznym…? Błogość pamiętania, a częściej nawet błogość niepamiętania? Pamięć błoga i błogostan (nie)pamięci…? Nie ma co mówić: epifania w umyśle i rękach Jerzego Pilcha nabiera nowych wymiarów.
P.S. Na mszę poszłam, kredę dostałam, drzwi obsmarowałam na całą szerokość – choć cały czas się zastanawiam, czy to było obowiązkowe – czy nie…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz