sobota, 22 stycznia 2011

11 STYCZNIA

Rano – pełnia szczęścia: upragniona, wymarzona i jedyna spełniająca moje wyszukane wymagania torba na laptopa – w końcu jest wyłącznie moja!!! Że mi się ona śniła dzisiejszej nocy i że na jej realny widok prawie dostałam obłędu – niech dobitnie świadczy o sile mego pragnienia.
Potem, gdzieś z rozmowy z Izą, biurową Koleżanką z zza biurka, wyniknęła Tina Turner, a w szczególności jej biograficzny film What’s Love Go to Do with It. Wiem, że to Jej strona medalu i że Ike Turner po premierze awanturował się, jak to został zniesławiony, znieważony i oszkalowany. Z faktami się jednak nie dyskutuje, a mnie w tej historii starczą tylko dwa: gwałty i przepadek wszystkich pieniędzy zarobionych niejako wspólnie przez małżeństwo Turnerów – a zostawionych Ike’owi tylko w zamian za nazwisko – pseudonim artystyczny. Którego zresztą Tina sama sobie nie wybierała… Jeśli dodać do tego wychowanie dwóch synów własnych oraz dwóch synów z poprzednich związków Ike’a – to kto miał w tym życiu łatwiej, lepiej, milej i przyjemniej? Kto więcej wniósł – a kto więcej wyniósł? Nieważne.
Ważne, kto do dziś jest niezmiennie na szczycie – a kto jest nikim.
Co do twórczości Tiny Turner – nie jestem jej największą fanką w Polsce północnej. Ani nawet w całej Europie. Podoba mi się kilka piosenek: We Don’t Need Another Hero, Typical Male, It’s Only Love, tytułowa z filmu… Raczej niewiele. Ale za to Ją uwielbiam! Za siłę ducha, za charyzmę i wspaniałomyślność, za godność i dumę, które podniosły Ją wtedy, gdy mąż rzucił Nią o ziemię. Czego życzę wszystkim upodlonym kobietom na świecie. Nawet tym, które nie potrafią tak śpiewać jak Tina i nie mają takich nóg…!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz