Z tego wszystkiego zapomniałam, że postanowiłam sobie, dzięki wolnej Epifanii, zrobić długi weekend i nie wyłączyłam alarmu w komórku. No i, jak co dzień, punktualnie o 5:50 Michael Jackson zaśpiewał mi nad uchem Human Nature…
Jak wiadomo, już od ponad roku Michael Jackson śpiewa wyłącznie z zaświatów, bo, jak mi się zdaje, większość swego życia on robił co mógł, aby tę przeprowadzkę na lepszy padół zdecydowanie przyspieszyć. To tzw. bielactwo, na które twierdził, że cierpi – moim zdaniem ma podłoże głębsze, któremu na imię kretyństwo. To jego czarna skóra i czarne korzenie warunkowały przecież jego ciepły, murzyński głos, który – w połączeniu z naturalną, choć wyszukaną manierą wypowiadania samogłosek – wywoływał ciarki i dreszcze w okolicach niejednego kręgosłupa na świecie…! Dalej, to jego murzyńskie korzenie dawały mu naturalne predyspozycje do tańca, w tym do jego moonwalka i innych ruchów, które tylko Czarny zdolny jest wykonać. I mówię (piszę) to z nieukrywaną zawiścią.
Że w krótkim czasie Jackson zdołał uzależnić się od leków przeciwbólowych – to ja od ostatniej Wigilii rozumiem aż nazbyt doskonale. Od mojej jednej jedynej w życiu operacji minęły już przecież dwa miesiące i, zwiedziona coraz rzadszymi bólami podbrzusza – chciałam sobie do niektórych kolęd przy drzewku poskakać. Pierwszy podskok, dlaczego – nawet wykonałam, ale natychmiast po nim nastąpiło syknięcie tak potężne, że najbardziej złośliwej żmii godne…! Zwinęłam się w kucki, a myśl popędziła lotem błyskawicy: dwa miesiące, jedna operacja, podskok nader mizerny i raczej domorosły,… A taki ból…! To co dopiero ten Jackson, który ciągle miał jakieś zabiegi plastyczne, a skakać w czasie licznych koncertów musiał raczej i częściej, i wyżej…
To wszystko sobie pomyślałam do połowy zbudzona ze snu, a do połowy jeszcze śpiąca. Możliwe zatem, że logiki w tym nie ma – ale tak mi wyszło…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz