poniedziałek, 31 stycznia 2011

15 STYCZNIA


Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma… ­– śpiewała pod koniec lat 70-tych Maryla Rodowicz. I choć nie jest to moja ulubiona piosenka w dyskografii artystki – to dziś – nawet jeśli sylaby trochę mi się nie składają – chciałabym zaśpiewać, albo może nawet cierpko i rozpaczliwie zawyć „dziś prawdziwych mężczyzn już nie ma…!”. No bo tak: jak człowiek weźmie do ręki takie Inne rozkosze, Miasto utrapienia… Jak się tak wczyta ze szczególną uwagą w te akapity poświęcone przez Autora (rocznik 1952) płci sobie przeciwnej – to żal nie powiem co mi ściska. Te wszystkie ze szczegółami opisywane emocje wywoływane kobiecym ciałem, zachwyt nad wszystkimi krągłościami kształtów (co z racji swojej figury równej Esmeraldzie Dorsz czytam ze szczególnym uznaniem, fascynacją i rozczuleniem), ogólnie bardzo dobra – wręcz wybitna jak na mężczyznę znajomość kobiecej garderoby – czy to się skończyło na latach pięćdziesiątych? Czy od 1961 roku w tym kraju nikt nie spłodził jednego rzetelnego gentlemana? Jednego?!
Chociaż z drugiej strony… Jeśli media doniosły mi w ostatnim czasie o maturzystkach, które na swoje studniówki (akurat trwa sezon!) wynajmują czy też licytują swoich partnerów – to rynek dostosowuje się do klienta. Im klient bardziej wymagający, im dłużej grymasi przy ladzie – tym sprzedawca oraz producent muszą się więcej napocić, bardziej nagimnastykować, intensywniej mózg wysilić – by tego kapryśnego klienta jednak obsłużyć i choć połowicznie zadowolić. Jak klient – w tym przypadku klientka – kieruje się zasadą „byle jaki, byle był” – no, to czego tu wymagać? Nikt przecież poezji nie będzie pisał, nikt laurek układał, nikt serenady nie zaśpiewa mi pod balkonem (i wysokie siódme piętro wcale nie jest tu najbardziej winne) ani nikt nie skoncentruje się na przymiotach umysłu własnego i właściwego ich zareklamowania – bo wystarczy zdjęcie podrasowane PhotoShopem© i niezbyt wygórowana cena wywoławcza na Allegro.pl.
Przepadło.

P.S. Hipokryzja ludzka i instytucjonalna bezczelna jest i nie posiada absolutnie żadnego umiaru, nie uznaje żadnych granic. Mowa o rosnących w kosmicznym tempie cenach za przejazd i nocleg w Rzymie w okolicach 1 maja (dzień beatyfikacji Jana Pawła II). Gdzie jest to Miłosierdzie – pytam się natrętnie i gromko?!

14 STYCZNIA


„Jeśli zaopiekujesz się zbłąkanym psem
i zapewnisz mu spokojny żywot – nie ugryzie cię.
To główna różnica między psem a człowiekiem.”
Mark Twain

Od dzisiaj wiem, że ta różnica na niekorzyść człowieka polega także na tym, że nawet jeśli pies zaopiekuje się człowiekiem i będzie mu do nieprzytomności posłuszny i oddany – ten go jednak zechce i zdoła ugryźć. Dawno nic mną nie wstrząsnęło tak bardzo jak dzisiejsze zdjęcia pana wprowadzającego swojego wiernego owczarka na tory kolejowe i na pewną śmierć…!
Wieczór jakoś przetrwałam tylko dzięki książce Pilcha. Dobrze, że jakiś inny przedstawiciel rasy homo sapiens wymyślił pismo, papier, maszyny do pisania, komputery i literaturę piękną. Może ten nie rzucał swoim kotem o ścianę. Może on docenił bezinteresowną przyjaźń swojego psa…?

13 STYCZNIA


Wczorajsza moja wróżba, żeby to piorun strzelił, sprawdziła się od początku do końca.

12 STYCZNIA


Ja dziś dostałam nowiuśki śliczniuśki terminarz na rok 2011 (znaczy - aktualny!).
Polska dostała z kolei końcowy raport MAK-u w sprawie katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Chyba nie zostanę okrzyknięta żadnym cudotwórcą-prorokiem, jeśli przepowiem, że od jutra każdy – literalnie: każdy! będzie specjalistą w dziedzinie nawigacji lotniczej… P.T. Czytelnicy pozwolą, że w tej dyskusji, pełnej patosu, cierpienia – ale i (mam wrażenie coraz częstszego) przeciągania żałoby i nękania narodu nazbyt intymnymi sprawami – udziału nie wezmę. Poszłam czytać.

sobota, 22 stycznia 2011

11 STYCZNIA

Rano – pełnia szczęścia: upragniona, wymarzona i jedyna spełniająca moje wyszukane wymagania torba na laptopa – w końcu jest wyłącznie moja!!! Że mi się ona śniła dzisiejszej nocy i że na jej realny widok prawie dostałam obłędu – niech dobitnie świadczy o sile mego pragnienia.
Potem, gdzieś z rozmowy z Izą, biurową Koleżanką z zza biurka, wyniknęła Tina Turner, a w szczególności jej biograficzny film What’s Love Go to Do with It. Wiem, że to Jej strona medalu i że Ike Turner po premierze awanturował się, jak to został zniesławiony, znieważony i oszkalowany. Z faktami się jednak nie dyskutuje, a mnie w tej historii starczą tylko dwa: gwałty i przepadek wszystkich pieniędzy zarobionych niejako wspólnie przez małżeństwo Turnerów – a zostawionych Ike’owi tylko w zamian za nazwisko – pseudonim artystyczny. Którego zresztą Tina sama sobie nie wybierała… Jeśli dodać do tego wychowanie dwóch synów własnych oraz dwóch synów z poprzednich związków Ike’a – to kto miał w tym życiu łatwiej, lepiej, milej i przyjemniej? Kto więcej wniósł – a kto więcej wyniósł? Nieważne.
Ważne, kto do dziś jest niezmiennie na szczycie – a kto jest nikim.
Co do twórczości Tiny Turner – nie jestem jej największą fanką w Polsce północnej. Ani nawet w całej Europie. Podoba mi się kilka piosenek: We Don’t Need Another Hero, Typical Male, It’s Only Love, tytułowa z filmu… Raczej niewiele. Ale za to Ją uwielbiam! Za siłę ducha, za charyzmę i wspaniałomyślność, za godność i dumę, które podniosły Ją wtedy, gdy mąż rzucił Nią o ziemię. Czego życzę wszystkim upodlonym kobietom na świecie. Nawet tym, które nie potrafią tak śpiewać jak Tina i nie mają takich nóg…!

10 STYCZNIA


W czasie mojej czterodniowej laby nastąpiła odwilż, część śniegu zdążyła stopnieć i światło dzienne ujrzało wszystko, co od grudnia wpadło lub (co chyba częstsze) zostało wrzucone w śnieg. Najbardziej rozbawiły, rozweseliły, a nawet rozczuliły mnie korki od szampanów wystrzelane dziesięć dni temu na placu przed Ratuszem…! Widoczny dowód, że przynajmniej w pierwszych sekundach Nowego Roku ludzie cieszyli się i byli dla siebie uprzejmi. Także dowód nadziei, że przynajmniej niektóre złożone wtedy życzenia były szczere i że niektóre z tych szczerych życzeń się prędko ziszczą…

9 STYCZNIA


Totalnie rozleniwiona i rozleniwiająca, pełna odpoczynku i rekreacji intelektualnej niedziela.

8 STYCZNIA


Jakiś czas temu Jerzy Pilch w jednym ze swoich felietonów pt. Dziesięć słów nawiązał do interesującego toastu noworocznego Zbigniewa Mentzla, który wzorując się na Albercie Camusie – dzieli się z Czytelnikami „Tygodnika Powszechnego” swoimi słowami. Pilch rozważa, jakie też słowa mógłby on sam podać jako własne. Ciekawy jest ten wywód, bo prowadzi nie tylko do pierwszej dziesiątki Jerzego P., ale też daje wgląd w jego tok rozumowania, przejrzysty i logiczny – wbrew pozorom.
Dziesięć słów życia. Słów – nie pojęć.
Albert Camus: świat, cierpienie, ziemia, matka, ludzie, pustynia, honor, bieda, lato, morze.
Zbigniew Mentzel: matka, ojciec, dom, wstyd, ryby, ciało, Polska, serce, wierność, język.
Jerzy Pilch: dom, nałóg, dotyk, pismo, dzwon, trawa, światło, matka, skrzydła, koniec.
Konsekwentnie kontynuując ten łańcuszek świętego Antoniego – podaję niniejszym swoją dyszkę: mama, pismo, książka, historia, morze, samochód, pies, ratusz, skóra, choinka.

7 STYCZNIA

Z tego wszystkiego zapomniałam, że postanowiłam sobie, dzięki wolnej Epifanii, zrobić długi weekend i nie wyłączyłam alarmu w komórku. No i, jak co dzień, punktualnie o 5:50 Michael Jackson zaśpiewał mi nad uchem Human Nature
Jak wiadomo, już od ponad roku Michael Jackson śpiewa wyłącznie z zaświatów, bo, jak mi się zdaje, większość swego życia on robił co mógł, aby tę przeprowadzkę na lepszy padół zdecydowanie przyspieszyć. To tzw. bielactwo, na które twierdził, że cierpi – moim zdaniem ma podłoże głębsze, któremu na imię kretyństwo. To jego czarna skóra i czarne korzenie warunkowały przecież jego ciepły, murzyński głos, który – w połączeniu z naturalną, choć wyszukaną manierą wypowiadania samogłosek – wywoływał ciarki i dreszcze w okolicach niejednego kręgosłupa na świecie…! Dalej, to jego murzyńskie korzenie dawały mu naturalne predyspozycje do tańca, w tym do jego moonwalka i innych ruchów, które tylko Czarny zdolny jest wykonać. I mówię (piszę) to z nieukrywaną zawiścią.
Że w krótkim czasie Jackson zdołał uzależnić się od leków przeciwbólowych – to ja od ostatniej Wigilii rozumiem aż nazbyt doskonale. Od mojej jednej jedynej w życiu operacji minęły już przecież dwa miesiące i, zwiedziona coraz rzadszymi bólami podbrzusza – chciałam sobie do niektórych kolęd przy drzewku poskakać. Pierwszy podskok, dlaczego – nawet wykonałam, ale natychmiast po nim nastąpiło syknięcie tak potężne, że najbardziej złośliwej żmii godne…! Zwinęłam się w kucki, a myśl popędziła lotem błyskawicy: dwa miesiące, jedna operacja, podskok nader mizerny i raczej domorosły,… A taki ból…! To co dopiero ten Jackson, który ciągle miał jakieś zabiegi plastyczne, a skakać w czasie licznych koncertów musiał raczej i częściej, i wyżej…
To wszystko sobie pomyślałam do połowy zbudzona ze snu, a do połowy jeszcze śpiąca. Możliwe zatem, że logiki w tym nie ma – ale tak mi wyszło…

czwartek, 20 stycznia 2011

6 STYCZNIA


Dziś Święto Trzech Króli – po raz pierwszy wolne od pracy. Chociaż wczoraj, sprawdziwszy dokładnie wszystkie biurowe kalendarze i stwierdziwszy, że w żadnym – literalnie: żadnym z nich! – dzień 6. stycznia nie jest oznaczony tak, jak wydawca wyróżnił niedziele i inne święta – skłonna byłam stawić się dziś punktualnie o 7:30 na moim urzędniczym posterunku. Szczęśliwie Dyrektor uspokoił – nie tylko zresztą moje – wątpliwości i przychodzenia dziś do pracy stanowczo zakazał. Dzięki czemu obudziłam się przed ósmą, wstałam, ubrałam i całkowicie poświęciłam lekturze…!
Epifania – znaczy Objawienie (od greckiego epipháneia: ukazanie się) – często pojawia się w tekstach Jerzego P. Mistrz zdaje się używać go jako rzeczownika pospolitego, tym bardziej, że nagminnie zapisuje epifanię małą literą: „epifanie pamięci”, „jazda z Łapanowa (…) była jak epifania”, „architektura (…) Domu Zborowego pojawi się (…) w niejednej jeszcze takiej epifanii”. I – nie wiedzieć czemu – epifania w kontekstach Pana Jerzego wcale nie kojarzy mi się z objawianiem czegokolwiek – jawi mi się raczej jako synonim błogości… No, może za wyjątkiem tej pamięci, ale w innym zestawieniu morfologicznym…? Błogość pamiętania, a częściej nawet błogość niepamiętania? Pamięć błoga i błogostan (nie)pamięci…? Nie ma co mówić: epifania w umyśle i rękach Jerzego Pilcha nabiera nowych wymiarów.

P.S. Na mszę poszłam, kredę dostałam, drzwi obsmarowałam na całą szerokość – choć cały czas się zastanawiam, czy to było obowiązkowe – czy nie…?

5 STYCZNIA


Zwierzątka w tym tygodniu postanowiły mnie wykończyć! Wczoraj była koza – dziś na arenę wstąpił opos, właściwie oposiczka Heidi z zoo w Lipsku, która tym się wyróżnia, że posiada rozbieżnego zeza. Zez sprawia, że jest jeszcze bardziej słodka niż normalne, niezezowate oposy. P.T. Czytelnicy już mogą sobie wyrabiać pogląd na moje upodobania, które zdecydowanie oscylują wokół zwierzątek. Lubię ssaki. Absolutnie nie brzydzą mnie żadne gryzonie. Do każdego psa i kota napotkanego na ulicy łapy same mi lecą i na nic się zdają wszystkie ostrzeżenia Mamuni, że przecież psy gryzą, a koty drapią i łażą po firankach. „Kot wszędzie wlezie…!” – z przekonaniem powtarza mi Mama-pedantka od dzieciństwa, a ja i tak wiem swoje (moja postawa wiedzy o swoim objawia się zresztą dość często nie tylko w kwestiach związanych z inwentarzem…). Ogólnie mam wrażenie, że w dniu, w którym ugryzie mnie pies – nastąpi, dokładnie według scenariusza z Apokalipsy św. Jana, koniec świata. Kot – to co innego. Podrapało mnie kilku, ale czasem na własną prośbę, jedna – w Kozienicach to było – ugryzła mnie, ale trochę też się poprosiłam. Ostatecznie jak ktoś wyciąga dzieci z kojca – każda, nawet najbardziej wyrodna matka, zareaguje zębami…!
Reasumując, zwierzaki wielbię i zszokowała mnie ostatnio informacja z tvn24, jakoby w szkołach brakowało dzisiaj nauczania o zachowaniach zwierząt i tak naprawdę niewielu uczniów zdaje sobie sprawę z faktu, że zwierzę jest w stanie odczuwać emocje i ból. Z tym ostatnim, w świetle kolejnych doniesień o maltretowaniu zwierząt przez trzylatków – jestem w stanie się zgodzić. Co do pierwszego – ja też nie miałam w swoich czasach szkolnych zajęć z Umiejętności odczuwania emocji i bólu u zwierząt – ale od dziecka próbowałam używać logiki. I dość wcześnie się zorientowałam, że jak piesek jest szczęśliwy – to macha ogonkiem; a jak jest niezadowolony – to warczy. Znaczy ogólnie – ten pies coś myśli, coś czuje i do tych myśli i odczuć próbuje dopasować swoje zachowanie. Czy to jest taka skomplikowana filozofia? O Jezu… A może ja jednak jestem geniuszem…!?

środa, 19 stycznia 2011

4 STYCZNIA


Dziś zachwyciła mnie koza!
Po sąsiedzku, bo w Korszach mieszka samotny facet, który posiada kozę. Koza z rana umówiona była w Parysie (nie wiem, czy to majątek, czy tylko kurna chata…?) na randkę z capem, jednak najwyraźniej z byle kim to ona nie chadza, bo kawaler się jej nie spodobał, czarną otrzymał polewkę i za pięć miesięcy nie będzie maluśkich koźlątek… Właściciel kozy poczuł się troszkę zawiedziony i opuściwszy siedzibę capa postanowił po drodze do domu zajechać na ulicę Mickiewicza, do kumpla, żeby jemu się ze swoich trosk zwierzyć. Koza na ten czas (albo nawet natenczas…) została w samochodzie marki cinquecento. Naród polski to jest jednak wścibski naród i kozę na tylnym siedzeniu wypatrzył natychmiast! Wypatrzenia narodowi było mało – donieśli na kozę do policji. Władza trochę się donosem zdziwiła i postanowiła sprawdzić, jak się sprawy mają. I faktycznie – naród miał rację, koza siedziała z tyłu tego cinquecento i ponieważ była już nieco zmarznięta – policja postanowiła zdecydowanie wkroczyć do akcji. Właściciel znalazł się w domku nieopodal, najpierw się zdziwił, a zaraz potem przestraszył, że kozę władza chce mu skonfiskować (lub może lepiej: odebrać prawo do sprawowania opieki) – i jął w te pędy oraz w głos władzę przekonywać, że się bardzo mocno w swych ocenach myli.
– Panie starszy sierżancie – mówił ze łzami w oczach – jestem człowiekiem samotnym. Kozę traktuję jak swojego najlepszego przyjaciela i powiernika wszystkich tajemnic. Faktem jest, że trochę się u kumpla zasiedziałem, ale to jeszcze nie jest powód, żeby nas rozdzielać! Koza moja ma ciepłe futerko, w samochodzie dwa kocyki, więc nie było jej wcale tak zimno…!
Policja w Polsce ogólnie surowa jest, ale – kiedy trzeba – serce też potrafi okazać i postanowiła puścić właściciela razem z kozą do domu.
Nie muszę dodawać, że u właściciela w międzyczasie stwierdzono dość wysoki poziom alkoholu we krwi. Ciekawią mnie tylko dwie rzeczy: czy właściciel już na tę randkę do Parysa jechał na ciężkiej bani i czy koza miała może na imię Helena? Niestety, personalia osób, pewnie ze względu na dobro prowadzonego śledztwa, w komunikacie prasowym pominięto.